sobota, 7 marca 2015

2. Angelus mortis.



Rozdział 2.  "救い"


Wstała i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Podeszła do drzwi i zaczęła przyglądać się ścianom.
- Co.. Ty robisz.. - usłyszała jego głos, któremu towarzyszyło syknięcie. Musiał cierpieć, skoro długo tak tu już wisiał..
- Szukam klucza. - odpowiedziała spokojnie.
- Jakiego.. klucza... - szeptał, jakby każde słowo sprawiało mu swego rodzaju ból. Zatrzymała się w pół kroku i zaczęła z daleka obserwować jego zmęczoną postać. Podeszła do niego bliżej i nachyliła się opierając dłonie na udach. - Co Ty..
- Boli Cię coś.. - szepnęła badawczo przyglądając się jego ciału. Zesztywniała. Dostrzegła srebrne ostrze wbite w jego bok. Opadła na kolana w przerażeniu. Przyszła na czas. Uratowała go, ocaliła przed śmiercią. Poczuła przypływ adrenaliny i przysunęła się bliżej jego osoby. Cały zesztywniał. Spojrzała na jego twarz, a potem na ostrze, po czym ponownie na niego. - Ja je... - zaczęła cichutko. - Chcę je wyciągnąć, w porządku?
Hyuk przytaknął i spuścił głowę. Anastazja wzięła głęboki oddech, usiadła blisko jego torsu, by mieć łatwy dostęp do srebrnego noża. Złapała delikatnie za rękojeść, a blondyn skrzywił się lekko. Patrząc wciąż na jego twarz, wzięła głęboki oddech.
- Na trzy. - szepnęła. - Raz... - nie spuszczała wzroku z jego bladej twarzy - dwa.. - szarpnęła szybko wyciągajac ostrze z jego boku. Wydał z siebie krótki okrzyk i syknął. Uśmiechnął się podejrzliwie wciąż mając głowę opuszczoną tak, że włosy zasłaniały jego oczy.
- Jeszcze.. - szepnął - druga strona.
- Co.. - zamrugała nerwowo i pospiesznie przesunęła się na drugą stronę. Uniosła jego koszulę do góry i dostrzegła drugie, takie samo ostrze. - Mój Boże! - jęknęła, a do jej oczy ponownie naszły łzy. Powtórzyła cały proces wyciągania tego żelastwa z osłabionego mężczyzny. Kiedy odrzuciła na bok drugi nóż, Hyuk podniósł głowę, a jego czekoladowe tęczówki przeszywały ją na wylot. Odsunęła się nieco, gdyż chciała obmyć wodą jego rany.
- Powinnaś wyjść.. - szepnął nagle spokojnym wzrokiem.
- Ale Twoje rany... - zaczęła chcąc prostestować.
- Już ich nie mam. - rzucił beznamiętnie. Ana w niedowierzaniu sięgnęła po koszulę i odkryła jeden z boku. Odskoczyła do tyłu widząc nieskazitelne ciało mężczyzny. Jej szeroko otwarte oczy przeszywały go od góry do dołu. - Mówiłem, że już ich nie mam.. - dodał drwiąco. - Powinnaś wyjść. - powtórzył przez zaciśnięte zęby. Skrzywił się i odrzucił głowę do tyłu. Jego całe ciało naprężył się, a ręce zaczęły ciągnąć łańcuchy do dołu.
- Kim... - szepnęła. Pokręciła jednak głową. - Czym Ty jesteś... - wyrzuciła to z siebie na jednym tchu.
- Jestem.. musisz wyjść! - warknął, a jego oczy otworzyły się szeroko i spojrzały na nią tak, jakby chciał ją za moment zabić. Ana cofnęła się szybko na drugi koniec podłogi i oparła o ścianę. Wydał z siebie ochrypłe warknięcie i ponownie spojrzał na nią w ten sposób. - Miałaś wyjść! - zasyczał. Ona jednak pokręciła pewna siebie głową. Zlustrował ją spojrzeniem i dalej wił się w nieopisanej agonii, skrępowany łańcuchami. Anastazja przyglądała mu się z szeroko otwartymi oczami. - Jeśli.. - wydyszał. - Jeśli musisz tu zostać... - wyprostowała się. - Zamknij drzwi od środka i usiąść opierając się o nie.. - dodał na jednym wydechu.
- Dlaczego? - spytała, ale wstała i wykonała jego polecenie.
- W ten sposób... - próbował złapać oddech - Nikt Cię tutaj nie zobaczy... - wydał z siebie okrzyk, a jego głowa opadła na pierś. Znów zemdlał? - pomyślała. Idąc na czworakach powoli przesuwała się w jego stronę. Nie miała pojęcia co robi i co nią kieruje. Była coraz bliżej, a jej serce biło jak oszalałe. Ponownie przed nim klęczała siedziąc na stopach i przyglądała mu się. Nagle poruszył się gwałtownie, podniósł głowę i szarpnął się w jej stronę, jakby chciał ją zaatakować. Ana drgnęła lekko, jednak nie cofnęła się ani o krok. Kiedy ponownie jego ciało zaczęły przeszywać dreszcze, bez namysłu podniosła się na kolanach i mocno do niego przytuliła. Położyła mu głowę na ramieniu chowając usta w zagłębieniu jego szyi. Nagle poczuła błogi spokój, jakby świat wokół niej przestał istnieć, a ona w końcu znalazła swoją przystań. Mimowolnie na jej usta wkradł się uśmiech, a ręce mocniej ścisnęły jego tors. Znieruchomiał, a wcześniejszy napad ustał. Puściła go i odsunęła się wracając do poprzedniej pozycji. Miał szeroko otwarte oczy przepełnione zaskoczeniem i zdezorientowaniem. Ocknął się po chwili i spojrzał na nią. Jego wzrok był łagodny, a ciało odprężone.
- Jesteś szalona.. - wyszeptał, ledwo powstrzymując uśmiech.
- Wiem. - wzruszyła ramionami. - Taka już moja natura. Zaczekaj. - szepnęła - zaraz wrócę - dodała i wyszła na moment. Wybiegła na parter i na paluszkach udała się do swojej komnaty. Zabrała stamtąd dwa koce, poduszkę, swoje ciasteczka i więcej wody. Rozglądając się uważnie ponownie udała się do podziemi. Hyuk podniósł wzrok, kiedy otworzyła drzwi. Zaskoczony zmierzył ją wzrokiem i uśmiechnął się drwiąco. Pojemniczek z ciastkami postawiła na podłodze, zaraz obok wody. Jeden koc rzuciła na środku pomieszczenia razem z poduszką, a drugi rozciągnęła i podeszła z nim do Hyukjae.
- Co Ty robisz? - spytał obserwując jak obchodzi go i staje za nim.
- Troszczę się o Ciebie. - odpowiedziała tak lekko, jakby to było zwykłe "cześć"
Zanim jednak zarzuciła mu koc na ramiona, niepewnie dotknęła czupkami palców srebrnego okręgu na jego nadgarstku i przesunęła opuszkami wzdłuż całej jego ręki, aż po szyje. Wzdrygnął się, a na jego skórze wyszła gęsia skórka. To samo zrobiła z drugą ręką, po czym otuliła jego ciało trzymanym w drugiej ręce kocem. Sama usiadła przed nim na poduszce i nakryła się drugim kocem. Sięgnęła po ciasteczka i wodę.
- Przepraszam.. - szepęnęła. - Nic więcej nie mam... - posłała mu przepraszające spojrzenie i otworzyła pojemnik z ciasteczkami. Podała mu do ust jedno po drugim, po chwili dając mu trochę wody.
- Dlaczego Ty.. - zaczął - nic o mnie nie wiesz. - dodał beznamiętnie. - Nie wiesz jak okrutnych czynów się dopuściłem i jak niebezpieczny potrafię być. Nie rozumiem, jak mogłaś być tak lekko myślna i zostać tutaj.. jak mogłaś zbliżyć się do mnie i po prostu.. przytulić w momencie, w którym pragnąłem Cię zabić..
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Po prostu czułam, że muszę to zrobić...
- Dziękuję
- Nie musisz mi dziękować, zrobiłabym to jeszcze raz. - dodała uśmiechając się blado. Spojrzał na nią nieco ożywiony, a jego oczy rozbłysły niesfornymi iskierkami.
- Jak Ci na imię?
- Anastazja - odpowiedziała spokojnie i podała mu kolejne ciastko. - Po prostu Ana.. - dodała. - Co tutaj robisz? - spytała i sama również zjadła ciastko.
- To moja kara za to, co zrobiłem. Generał Martin to jedyny człowiek, który potrafił mi to zrobić..
Znieruchomiała, a jej ciało przeszył zimny dreszcz.
- Generał Martin? - powtórzyła. Przytaknął.
- Znasz go? - spytał. Skinęła głową, ale szybko zaczęła swoje wypytywanie, aby nie musieć powiedzieć mu, kim gen.Martin był dla niej.
- Powiesz mi teraz, czym jesteś i.. jak tu trafiłeś? - spytała i podała mu ciastko. Westchnął.
- Jeśli Ci powiem, Ty i tak tutaj zostaniesz...Odważna jesteś.
- Dziękuję - skinęła - więc?
- To było dziewiędziesiąt lat temu.. - na te słowa jej źrenice rozszerzyły się. Dostrzegł to i uśmiechnął się głupkowato. - Nie martw się, mam dopiero dwadzieścia osiem lat. - widział, że jej ulżyło. - Mam dwadzieścia osiem lat już od dziewiędziesięciu lat. - Zapowietrzyła się, ale słuchała dalej. - Miałem wtedy szesnaście lat, mieszkałem na obrzeszach stolicy, razem z rodzicami, matką mojego ojca i trójką rodzeństwa. Miałem starszą siostrę i dwóch starszych braci. Mój ojciec był żołnierzem, generałem armii cesarskiej. Pewnej nocy, kiedy nie wrócił z wyprawy do domu, przyszli do naszego domu mężczyźni, niedoszli żołnierze, mieszkający w Elder i nie tłumacząc niczego wybili nas wszystkich w pień. Na moich oczach zabili całą moją rodzinę bez mrugnięcia okiem, z uśmiechem na ustach. Wracałem z polowania, zadowolony, że ustrzeliłem dwa duże bażanty... Kiedy usłyszałem krzyki dochodzące z domu.. Najpierw chciałem tam wbiec i ich obronić, ale zdałem sobie sprawę, że nic nie mogłem zrobić.. - wypuścił ciężko powietrze i na moment zamilkł. Ana czekała cierpliwie aż zacznie mówić dalej. - Ukryłem się na drzewie blisko domu i obserwowałem wszystko z góry. Dotarło do mnie, że muszę przetrwać i pomścić moją rodzinę. Przez kolejne pięć lata trenowałem ciężej niż wcześniej z ojcem. Kiedy czułem się na siłach, odnalazłem kryjówkę miejscowych złodziei. Zostawiłbym ich w spokoju, jednak jeden z nich przyprowadził ze sobą dziewczynkę, miała może trzynaście, albo czternaście lat. Porwał ją z domu, który okradl i zabił jej rodziców. Postanowił razem z kumplami, że się z nią zabawią. - Anastazja wzrygnęła się. - Nie mogłem na to patrzeć.. Wyskoczyłem z kryjówki i bez mrugnięcia okiem wybiłem ich wszystkich, co do jednego, a dziewczynie pomogłem wrócić do stolicy zakazując mówić komukolwiek o moim istnieniu.
- To wspaniałe, co zrobiłeś.. - szepnęła. - Ocaliłeś jej życie..
- To jak kropla w oceanie krwi, skarbie... - zadrwił, ale pozostał poważny. - Kiedy podczas pełni spacerowałem po lesie, odnalazłem jaskinię.. Był w niej głęboki tunel, do którego wpadłem. Pod ziemią znajdowała się ogromna, zniszczona biblioteka. Na jej środku był duży, okrągły stół, przełamany na pół. Leżał na nim dziwny przedmiot, który gdy tylko podszedłem rozświetlił dziwny niebieski blask.. Nie wiem o czym wtedy myślałem, ale otworzyłem tą dziwną buteleczkę  i wypiłem jej zawartość. Z tego za wiele nie pamiętam - spojrzał na zasłuchaną, przejętą jego opowieścią Anastazję. Kąciki jego ust drgnęły lekko. - Pamiętam tylko to, że to był niewyobrażalny pól, słyszałem masę krzyków, a ten głos ciągle mówił, że oni wszyscy zasługują na śmierć... Tak też było. Kiedy się ocknąłem, czułem się doskonale. Byłem pełen energii i pewny siebie. Jak się potem dowiedziałem, był to fragment Eldrytu, magicznego kamienia, który był częścią serca podziemnej bestii zamieszkującej te tereny ponad trzysta lat temu. Dlatego teraz nadal mam dwadzieścia osiem lat.
- Od tego czasu się nie starzejesz? - szepnęła próbując wszystko ułożyć sobie w całość.
- Nie, jak ostatnio sprawdzałem, to byłem wciąż dwudziestoośmio letnim, zdrowym, młodym mężczyzną. - przez jego twarz przemknął uśmiech zadowolenia. - Poczułem niesamowitą siłę - kontynuował - i odnalazłem mężczyzn, którzy wtedy zabili moich najbliższych. W tych podziemiach odnalazłem niesamowitą broń..
- Broń? - spytała.
- To nie jest zwyczajna broń. Jest to nazoidalne urządzenie, powstałe z resztek nazaoidów. Nazywa się nazo-dynamo, dopasowuje się do swojego właściciela. Zbyt słaby człowiek mógłby oszaleć próbując go użyć, w najgroszym przypadku zabić.
- Oszaleć? - powtórzyła ze zdumieniem. - To  tak jakby te... nazo-dynama znalazły Ciebie - przytaknął. - Jak się ich używa?
- Spostrzegawcza uwaga, Anastazjo.. - uśmiechnął się. - Kiedyś Ci zademonstruje, teraz i tak są one zamknięte w lochu na drugim końcu korytarza.
- Są tutaj?! - pisnęła podekscytowana. - Przyniosę je dla Ciebie..
- Nie! - warknął. - Są niebezpieczne, z resztą i tak nie mogę się uwolnić z tych łańcuchów.. Nie teraz... - dodał już ciszej.
- No dobrze.. - przerwała mu. - A co robisz tutaj?
- Hm, generał Martin z rozkazu cesarza więzi mnie tutaj od dwunastu lat. Tylko on posiada ostrza wykonane z Eldrytu, które potrafią mnie powstrzymać. Wyjęłaś je ze mnie dziś na powitanie. - uśmiechnął się lubieżnie. - Za co jestem Ci dozgonnie wdzięczny.
- Cierpiałeś.. - szepnęła.
- Należało mi się. Wybiłem pół wioski Ruben tylko przez to, że pare pijaczyn zamordowało moją rodzinę. - powiedział to, jakby nigdy nic. - Ale nie żałuję tego, zrobiłbym to ponownie. Jeszcze nie raz tego dokonam. - spojrzał na nią. - Idź do góry, spać. Jest bardzo późno, a jutro na pewno czeka Cię masa ważnych zajęć, które będziesz musiała wykonać, panienko Martin.
Wiedział kim jest! Skąd? Miała to wypisane na twarzy? A może potrafił czytać w myślach?
- Wiesz kim jestem.. - szepnęła stłumionym głosem.
- Oczywiście, zdradziła Cię reakcja Twojego ciała na nazwisko generała Martina. Nie martw się, nie skrzywdzę Cię. - dodał spokojnie. - Ocaliłaś mnie.

niedziela, 22 lutego 2015

1. Angelus mortis.


Rozdział 1. "刑務所"

    Ze wzgórza można było obserwować piękną panoramę leżącej na nizinie wioski Ruben, mieszczącej się niedaleko stolicy, miasta Elder. Uwielbiała tam przychodzić, siadać na wiecznie zielonej, miękkiej trawie i przyglądać się uśmiechającemu do niej słońcu. Życie w wiosce było spokojne i pełne radości. Każdy się znał i mógł liczyć na sąsiadów. Jej rodzina była najzamożniejszą, ponieważ jej ojciec był gubernatorem, który z reguły pracował u boku cesarza. Wiatr rozwiewał jej długie, proste włosy wplatać w nie płatki kwiatów odpadające z pąków drzew. Czuła się tak beztrosko i swobodnie. Bezpieczeństwo, które miała zapewniona wioska niosło za sobą legendę, która ma wiele scenariuszy. Jednak ona postanowiła nie wierzyć w żadną. Jedna mówiła o potworze żerującym na życiu mieszkańców, który został zabity przez ogromny oddział armii cesarza Elder. Inna jeszcze mówi zaś o grupie wyszkolonych zabójców, którzy teroryzowali miasto zabijając niewinnych ludzi i okradając ich domy. Większość z nich została zabita, a reszta zapadła się jak kamień w wodę. Kolejna wspomina coś o nieśmiertelnym wojowniku, który został uśpiony w brutalny sposób sto lat temu, dzięki czemu teraz wioska nie musi obawiać się niczego.
Dla Anastazji to wszystko było jedną wielką bujdą, choć w grupę przestępczą mogła uwierzyć. Jednak nie miała powodu do tego, aby zawracać sobie tym głowy. Położyła się na trawie i spojrzała na błękitne niebo, po którym sunęły puchate, ogromne chmury sprawiając, że ta chwila stawała się jeszcze piękniejsza.
- Panienko Martin! - usłyszała znajomy głos. Podniosła się więc na łokciach i spojrzała w stronę biegnącej służącej. Eve była sierotą, którą jej matka przygarnęła kilka lat temu. Nie mogła wychować jej jako swojego dziecka, więc poprosiła o to jedną ze służących. W ten sposób Eve miała dostatnie życie i dobre warunki bytu, matkę oraz przyjaciółkę, którą stała się dla niej Ana. Mimo iż ich stanowiska społeczne tak bardzo się różniły, dziewczyny były prawie w tym samym wieku i świetnie się dogadywały. Dlatego też Eve była bardziej przyjaciółką, niżeli służącą. Państwo Martin byli razem od czterdziestu lat. Podobno połączyły ich wydarzenia z opowiadanych przez mieszkańców legend. Kiedy Ana była mała, jej rodzice często opowiadali jej różne ciekawe historie ze swojej młodości. Jej ojciec był kiedyś generałem i podobno stoczył ostateczną walkę z wrogiem stolicy i drogiej mu wioski, którą teraz zamieszkują. Dlatego też opowieść ojca, o niezwyciężonym, niesamowicie utalentowanym.. Wręcz stworzonym do zabijania mężczyźnie wydała się najbardziej wiarygodna i jedyna godna uwierzenia.
- Coś się stało, Eve? - spytała Anastazja podnosząc się z trawy.
- Pani Martin prosi, abyś wróciła do domu. Kolacja będzie za moment podana.. - rzuciła łapiąc oddech.
- Dobrze, więc... Już idę.
Anastazja była dwudziesto letnią brunetką, o piwnych, dużych oczach okalanych przez gęste grzebienie czarnych rzęs. Miała pełne malinowe usta i krągłe policzki, które często były zaróżowione. Była wysportowana i zwinna, zawsze pełna entuzjazmu i pozytywnej energii. Miała dziwne pomysły, które nie podobały się jej matce. Chciała zostać żołnierzem. Walczyć dla ludzi i ich dobra. Uwielbiała chodzić po drzewach, biegać i chodzić w różne dziwne miejsca, jak las, czy spacerować pustymi ulicami wioski po zmroku. Od niedawna bierze także potajemne lekcje sztuki walki u starego, emerytowanego żołnierza, który zgodził się dawać jej lekcji dwa razy w tygodniu, późnym popołudniem, kiedy wszyscy na jej dworze byli zbyt zajęci, by skupić się na tym, gdzie przebywała Ana. Była szczęśliwa, że potrafi się obronić i może nadal nauczyć się więcej. Potrafiła posługiwać się mieczem oraz strzelać z łuku. Mężczyzna uczył jej także zwinności i wytrwałości. W takich chwilach czuła się jak najbardziej spełniona.

*

- Anastazjo, córeczko! - pani Martin była wysoką, krągłą brunetką, która kochała swoje długie suknie i kobiecość. Była bez dwóch zdań damą, o nienagannych manierach. Wiele kobiet zazdrościło jej gracji i elegancji z jaką potrafiła się poruszać. Nie mogła jednak powiedzieć tego o swojej córce, która ciągle miała ochotę skakać po drzewach. - Gdzie Ty byłaś tyle czasu? - jęknęła i obrzuciła córkę spojrzeniem. - I jak Ty wyglądasz... Potargana, ubrudzona... Idź się przygotować, za piętnaście minut podadzą do stołu.
- Dobrze, dobrze... Już idę, przepraszam mamo.. - mruknęła Anastazja i gdy tylko odwróciła się do matki tyłem przewróciła teatralnie oczami i razem z Eve udała się do swojej komnaty.
- Co dziś robiłaś? - spytała Eve delikatnie myjąc plecy brunetki. - Byłaś dzisiaj u Bert'a, prawda?
- Mhm - przytaknęła z uśmiechem i zaczęła gąbką myć swoje przedramiona. - Pokazał mi dzisiaj kilka dobrych ruchów podczas walki i dwa dobre uniki, gdyby ktoś mnie kiedyś zaatakował. Wszystko musiało być wykonywane tak szybko, okropnie się dzisiaj zmęczyłam! - jęknęła.
Po kąpieli Eve pomogła się przebrać i w mgnieniu oka gotowa Ana zeszła wraz z przyjaciółką do jadali, aby zjeść kolację w towarzystwie matki i jej młodszego brata.
- Wujek Hans.. - Anastazja na widok swoje wuja uśmiechnęła się promiennie i przyspieszyła kroku, aby rzucić mu się na szyję. - Jak tato? - spytała pełna nadziei.
- Dziękuję, bardzo dobrze. Ma naprawdę dużo pracy, cesarz aktualnie musi podejmować wiele decyzji, w których obecność Twojego ojca jest niezbędna. - posłał jej krótki uśmiech. - Chodźmy zjeść. Eve.. - skinieniem głowy przywitał się z drobną blondyneczką. Eve była oryginalnej urody. Miała jasne blond włosy, krystaliczną, jasną cerę oraz jasne, błękitne oczy.
Zasiadli do stołu i zaczęli jeść. Ana miała jak zwykle wilczy apetyt, połykała jedzenie jakby za chwile miało zniknąć. Matka posłała jej karcące spojrzenie i spoważniała odkładając sztućce na stół. Podniosła do ust serwetkę i obtarła je delikatnie.
- Hans zabiera mnie do Elder, jestem potrzebna, ponieważ cesarzowa na dniach może urodzić. Cesarz Cedrick nie chce mieć w pałacu osób niepewnych, chce tych, których może obdarzyć zaufaniem. Twój ojciec powiedział mu, że może po mnie posłać, więc wyjeżdżam jeszcze dzisiaj. - oznajmiła beznamiętnie i otworzyła oczy w skupieniu przyglądając się córce, która wzięta z zaskoczenia rozdziawiła szeroko usta. - Anastazjo! - skarciła ją matka. - Zachowuj się. - syknęła. - Mam nadzieję, że pod moją nieobecność nie zrobisz niczego głupiego, a gdy wrócę, zastanę dwór w jednym kawałku.
- Na długo wyjeżdżasz? - Ana próbowała ukryć swoje zaskoczenie.
- Na pewno na kilka tygodni, może na miesiąc. Nie mam pojęcia. Pod moją nieobecność wszystkim będzie się zajmowała Grace. Eve, mam nadzieję, że pomożesz swojej matce.. - obdarzyła młoda blondynkę serdecznym uśmiechem i spojrzała ponownie na swoją córkę, która zdążyła poplamić suknię jedzeniem, które jadła w pośpiechu. - Podczas mojego pobytu w Elder, przemyśl swoje zachowanie i kiedy wrócę, chcę wiedzieć, jakie wnioski wyciągnęłaś. Jeśli właściwe, to w porządku, jednak jeśli nie... Natychmiast po powrocie poślę z powrotem po guwernantkę.
- Ale mamo... - Anastazja oniemiała. - Przecież...
- Nie idź za późno spać. - nakazała i uśmiechnęła się czule, jakby chłodna natura tej kobiety nigdy nie istniała. Wstała od stołu i z troską podeszła do córki i pocałowała ją w czubek głowy. Eve także została ucałowana, po czym Estera spojrzała ponownie na córkę i skinęła lekko głową. Ana zamrugała nerwowo i posłała matce drętwy uśmiech.

*

Obserwowała przez okno, jak powóz, w którym siedział wuj Hans z jej matką oddala się ku zachodowi słońca. Ten dzień był tak męczący, a ona już wiedziała, że nie zmruży oka. Postanowiła pospacerować po posiadłości. Było tyle miejsc i komnat, które chciała odwiedzić. Eve zasnęła zmęczona dzisiejszymi obowiązkami, więc Ana przeszła cicho obok jej komnaty i udała się w głąb ciemnego korytarza. Zapaliła światło na schodach i po cichutku zeszła do piwnicy. Nie miała pojęcia, co ją tam ciągło. Nieodparta ciekawość, czy może jeszcze coś innego? Nagle korytarz się skończył. Stała przed dużymi, dębowymi drzwiami z ogromną, zdobioną klamką. Przygryzła dolną wargę i niepewnie ujęła klamkę w dłoń, aby chwilę później ją nacisnąć. Za drzwiami były drugie drzwi. Anastazja zwątpiła, jednak widząc niewielki klucz wiszący w ciemnej wnęce między jednymi, a drugimi drzwiami, postanowiła jednak tam wejść. Jaka dziwna siła ciągnęła ją w tamto miejsce. Kiedy przekręciła kluczyk w drzwiach poczuła dziwny chłód i swego rodzaju ból. To nie był ból wizyczny. Wynikał on raczej ze współczucia, którego nadal nie rozumiała. Drzwi prowadziły do wąskiego korytarza, a na jego końcu były kolejne drzwi. Znajdowała się w nich niewielka krata na wysokości oczu. Anastazja przyspieszyła kroku, zżerała ją niesamowita ciekawość. Na ścianie niedaleko drzwi na dużym, metalowym kółku wisiał pojedynczy, długi klucz zdobiony dziwnymi napisami w języku, którego nie znała. Ona jednak, gdy go tylko ujęła w dłoń poczuła niesamowity przypływ energii i nagle nieznajome literki na kluczu stały się dla niej jasne.
- Incursio... - szepnęła i włożyła klucz do zamka, aby po chwili przekręcić go energicznie i otworzyć drzwi. Zamarła. Stanęła w progu z szeroko otwartymi oczami, a oddech z jej rozchylonych ust informował, że temperatura powietrza była niższa, niż w pozostałych miejscach. Pomieszczenie było puste, mieścił się tam tylko niewielki drewniany stół, na którym leżały dziwne urządzenia, których Anastazja nigdy wcześniej nie widziała. W ścianę były wkute dwa, grube łańcuchy ze srebra. Były dość długie, rozstawione na szerokość ramion dorosłego mężczyzny. Na ich zakończeniach były grube, srebrne kajdanki, które w swych uściskach trzymały smukłe, nieskazitelne nadgarstki. Mężczyzna przykuty do ściany miał na sobie czarne, obcisłe spodnie i podartą białą, lnianą koszulę. Było na niej kilka czerwonych plam, prawdopodobnie od krwi. Jego głowa zwisała bezwiednie na klatkę piersiową, a blond włosy przysłaniały twarz. Anastazja zasłoniła usta dłonią,a do oczu naszły jej łzy.
- Boże... - szepnęła i puściła się biegiem w jego  stronę. Jego smukłe ciało wydawało się być wykończone, nieco wychudzone.  Był chyba nieprzytomny, dostrzegła kątem oka niewielką misę z wodą. Podbiegła po nią, wzięła ja i oderwała sobie z koszuli nocnej niewielki skrawek materiału. Uklęknęła przed blondynem i przez chwilę przyglądała mu się niepewnie. Czuła od niego coś dziwnego, miała przeczucie, że nie powinna podchodzić tak blisko, że w ogóle nie powinna była tutaj wchodzić... Jednak coś wciąż kazało jej tutaj zostać. Zostać z nim. Zamoczyła materiał we wodzie i wyciskając go niepewnie wyciągnęła rękę w stronę jego głowy. Drugą dłonią, drżącym ruchem sięgnęła do jego włosów, aby  odgarnąć je z twarzy. Kiedy to zrobiła, ponownie zaparło jej dech w piersi. Miał tak spokojną, piękną twarz. Wyglądał jak uwięziony anioł... Delikatnie dotknęła zmoczonym materiałem jego czoła, prawego, a później lewego policzka. Zamoczyła materiał ponownie i powtórzyła proces. Mężczyzna poruszył się nieznacznie, na co Ana zareagowała gwałtownym wzdrygnięciem. Uniósł delikatnie głowę i powoli zaczął otwierać oczy. Mrużył je nieco przyzwyczajając je do wdzierającego się z korytarza światła. Spojrzał na brunetkę nieprzytomnie mierząc ją wzrokiem.
- C-chcesz... s-się napić? - szepnęła, a głos drżał jej bardziej, niż się spodziewała. Skinął głową, a ona pospiesznie podała mu miskę i troskliwie pomogła się napić. Odstawiła naczynie ponownie na ziemię i przyjrzała mu się uważnie. Był osobą silną, świadczyła o tym umięśniona budowa jego ciała, jednak był zdecydowanie wykończony. Nie wiadomo jak długo już tutaj jest.. Czy jej matka o tym wie? Ukrywa to przed nią? Czy to tutaj jej ojciec znika wieczorami za każdym razem, gdy jest w domu? Jego uroda była inna, nie był stąd. Na pewno był cudzoziemcem. Tylko jak się tutaj dostał? Tyle pytań cisnęło jej się na usta.. Sięgnęła ponownie po materiał i zamoczyła go w zimnej wodzie. Wycisnęła i spojrzała na wciąż patrzącego na nią blondyna.
- M-mogę..? - szepnęła wyciągając rękę ze zmoczonym materiałem w jego stronę. Kiwnął anemicznie głową i gdy tylko materiał zetknął się z jego skórą zmrużył oczy, jakby poczuł ulgę. Ana postanowiła wykorzystać ten moment. - Możesz mówić? - szepnęła, a on tylko przytaknął. - Długo tutaj jesteś? - spytała i nagle poczuła, że jej głos powoli wraca do normy. Ponownie tylko przytaknął. Westchnęła i zamoczyła na nowo materiał powtarzając ponownie proces. - Jak Ci na imię? - długo w odpowiedzi słyszała tylko ciszę. W końcu do jej uszu dostał się cichy, ochrypły głos. Był głęboki i zmysłowy, jednak wyprany z emocji.
- Hyukjae...
Poczuła jak jej puls przyspiesza, a oddech staje się płytki. Czy ten przystojny, anielsko piękny mężczyzna jest tutaj z konkretnego powodu? Czy jest niebezpieczny? Czy jeśli taki jest, to czy nie powinna odczuwać strachu, a on nie powinien próbować jej teraz zaatakować? I czym było to, co czuła, w stosunku do niego? Czy to była litość? A może zwykle współczucie..





* 刑務所 [Keimusho] - więzień

piątek, 20 lutego 2015

Angelus mortis.

Prolog "排除"


Krew ściekała ze wszystkich ścian. Była dosłownie wszędzie, jakby ktoś ochlapał wszystko czerwoną farbą. Mrok za oknem nie niósł nic dobrego. Wiązka światła księżyca wpadała przez okno, odbijając się od błyszczącego, długiego ostrza. Wiatr przez rozbitą szybę wdarł się do pomieszczenia i rozwiał jej długie, proste włosy. Ostatnia osoba, która dzieliła ją od spełnienia pełzła właśnie w przerażeniu w stronę drzwi. Wiedziała, że nie jest w stanie jej uciec, jednak wciąż próbowała. Naiwni, głupi ludzie. Kiedy w końcu pojmą, że dla takich jak oni nie ma miejsca na tym świecie. Przyjęła postawę do ataku, spojrzała na dziewczynę, która ledwo doczołgała się do połowy pokoju.

- Wyeliminować.






*排除 [haijo] - wyeliminować