Rozdział 2. "救い"
Wstała i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Podeszła do drzwi i zaczęła przyglądać się ścianom.
- Co.. Ty robisz.. - usłyszała jego głos, któremu towarzyszyło syknięcie. Musiał cierpieć, skoro długo tak tu już wisiał..
- Szukam klucza. - odpowiedziała spokojnie.
- Jakiego.. klucza... - szeptał, jakby każde słowo sprawiało mu swego rodzaju ból. Zatrzymała się w pół kroku i zaczęła z daleka obserwować jego zmęczoną postać. Podeszła do niego bliżej i nachyliła się opierając dłonie na udach. - Co Ty..
- Boli Cię coś.. - szepnęła badawczo przyglądając się jego ciału. Zesztywniała. Dostrzegła srebrne ostrze wbite w jego bok. Opadła na kolana w przerażeniu. Przyszła na czas. Uratowała go, ocaliła przed śmiercią. Poczuła przypływ adrenaliny i przysunęła się bliżej jego osoby. Cały zesztywniał. Spojrzała na jego twarz, a potem na ostrze, po czym ponownie na niego. - Ja je... - zaczęła cichutko. - Chcę je wyciągnąć, w porządku?
Hyuk przytaknął i spuścił głowę. Anastazja wzięła głęboki oddech, usiadła blisko jego torsu, by mieć łatwy dostęp do srebrnego noża. Złapała delikatnie za rękojeść, a blondyn skrzywił się lekko. Patrząc wciąż na jego twarz, wzięła głęboki oddech.
- Na trzy. - szepnęła. - Raz... - nie spuszczała wzroku z jego bladej twarzy - dwa.. - szarpnęła szybko wyciągajac ostrze z jego boku. Wydał z siebie krótki okrzyk i syknął. Uśmiechnął się podejrzliwie wciąż mając głowę opuszczoną tak, że włosy zasłaniały jego oczy.
- Jeszcze.. - szepnął - druga strona.
- Co.. - zamrugała nerwowo i pospiesznie przesunęła się na drugą stronę. Uniosła jego koszulę do góry i dostrzegła drugie, takie samo ostrze. - Mój Boże! - jęknęła, a do jej oczy ponownie naszły łzy. Powtórzyła cały proces wyciągania tego żelastwa z osłabionego mężczyzny. Kiedy odrzuciła na bok drugi nóż, Hyuk podniósł głowę, a jego czekoladowe tęczówki przeszywały ją na wylot. Odsunęła się nieco, gdyż chciała obmyć wodą jego rany.
- Powinnaś wyjść.. - szepnął nagle spokojnym wzrokiem.
- Ale Twoje rany... - zaczęła chcąc prostestować.
- Już ich nie mam. - rzucił beznamiętnie. Ana w niedowierzaniu sięgnęła po koszulę i odkryła jeden z boku. Odskoczyła do tyłu widząc nieskazitelne ciało mężczyzny. Jej szeroko otwarte oczy przeszywały go od góry do dołu. - Mówiłem, że już ich nie mam.. - dodał drwiąco. - Powinnaś wyjść. - powtórzył przez zaciśnięte zęby. Skrzywił się i odrzucił głowę do tyłu. Jego całe ciało naprężył się, a ręce zaczęły ciągnąć łańcuchy do dołu.
- Kim... - szepnęła. Pokręciła jednak głową. - Czym Ty jesteś... - wyrzuciła to z siebie na jednym tchu.
- Jestem.. musisz wyjść! - warknął, a jego oczy otworzyły się szeroko i spojrzały na nią tak, jakby chciał ją za moment zabić. Ana cofnęła się szybko na drugi koniec podłogi i oparła o ścianę. Wydał z siebie ochrypłe warknięcie i ponownie spojrzał na nią w ten sposób. - Miałaś wyjść! - zasyczał. Ona jednak pokręciła pewna siebie głową. Zlustrował ją spojrzeniem i dalej wił się w nieopisanej agonii, skrępowany łańcuchami. Anastazja przyglądała mu się z szeroko otwartymi oczami. - Jeśli.. - wydyszał. - Jeśli musisz tu zostać... - wyprostowała się. - Zamknij drzwi od środka i usiąść opierając się o nie.. - dodał na jednym wydechu.
- Dlaczego? - spytała, ale wstała i wykonała jego polecenie.
- W ten sposób... - próbował złapać oddech - Nikt Cię tutaj nie zobaczy... - wydał z siebie okrzyk, a jego głowa opadła na pierś. Znów zemdlał? - pomyślała. Idąc na czworakach powoli przesuwała się w jego stronę. Nie miała pojęcia co robi i co nią kieruje. Była coraz bliżej, a jej serce biło jak oszalałe. Ponownie przed nim klęczała siedziąc na stopach i przyglądała mu się. Nagle poruszył się gwałtownie, podniósł głowę i szarpnął się w jej stronę, jakby chciał ją zaatakować. Ana drgnęła lekko, jednak nie cofnęła się ani o krok. Kiedy ponownie jego ciało zaczęły przeszywać dreszcze, bez namysłu podniosła się na kolanach i mocno do niego przytuliła. Położyła mu głowę na ramieniu chowając usta w zagłębieniu jego szyi. Nagle poczuła błogi spokój, jakby świat wokół niej przestał istnieć, a ona w końcu znalazła swoją przystań. Mimowolnie na jej usta wkradł się uśmiech, a ręce mocniej ścisnęły jego tors. Znieruchomiał, a wcześniejszy napad ustał. Puściła go i odsunęła się wracając do poprzedniej pozycji. Miał szeroko otwarte oczy przepełnione zaskoczeniem i zdezorientowaniem. Ocknął się po chwili i spojrzał na nią. Jego wzrok był łagodny, a ciało odprężone.
- Jesteś szalona.. - wyszeptał, ledwo powstrzymując uśmiech.
- Wiem. - wzruszyła ramionami. - Taka już moja natura. Zaczekaj. - szepnęła - zaraz wrócę - dodała i wyszła na moment. Wybiegła na parter i na paluszkach udała się do swojej komnaty. Zabrała stamtąd dwa koce, poduszkę, swoje ciasteczka i więcej wody. Rozglądając się uważnie ponownie udała się do podziemi. Hyuk podniósł wzrok, kiedy otworzyła drzwi. Zaskoczony zmierzył ją wzrokiem i uśmiechnął się drwiąco. Pojemniczek z ciastkami postawiła na podłodze, zaraz obok wody. Jeden koc rzuciła na środku pomieszczenia razem z poduszką, a drugi rozciągnęła i podeszła z nim do Hyukjae.
- Co Ty robisz? - spytał obserwując jak obchodzi go i staje za nim.
- Troszczę się o Ciebie. - odpowiedziała tak lekko, jakby to było zwykłe "cześć"
Zanim jednak zarzuciła mu koc na ramiona, niepewnie dotknęła czupkami palców srebrnego okręgu na jego nadgarstku i przesunęła opuszkami wzdłuż całej jego ręki, aż po szyje. Wzdrygnął się, a na jego skórze wyszła gęsia skórka. To samo zrobiła z drugą ręką, po czym otuliła jego ciało trzymanym w drugiej ręce kocem. Sama usiadła przed nim na poduszce i nakryła się drugim kocem. Sięgnęła po ciasteczka i wodę.
- Przepraszam.. - szepęnęła. - Nic więcej nie mam... - posłała mu przepraszające spojrzenie i otworzyła pojemnik z ciasteczkami. Podała mu do ust jedno po drugim, po chwili dając mu trochę wody.
- Dlaczego Ty.. - zaczął - nic o mnie nie wiesz. - dodał beznamiętnie. - Nie wiesz jak okrutnych czynów się dopuściłem i jak niebezpieczny potrafię być. Nie rozumiem, jak mogłaś być tak lekko myślna i zostać tutaj.. jak mogłaś zbliżyć się do mnie i po prostu.. przytulić w momencie, w którym pragnąłem Cię zabić..
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Po prostu czułam, że muszę to zrobić...
- Dziękuję
- Nie musisz mi dziękować, zrobiłabym to jeszcze raz. - dodała uśmiechając się blado. Spojrzał na nią nieco ożywiony, a jego oczy rozbłysły niesfornymi iskierkami.
- Jak Ci na imię?
- Anastazja - odpowiedziała spokojnie i podała mu kolejne ciastko. - Po prostu Ana.. - dodała. - Co tutaj robisz? - spytała i sama również zjadła ciastko.
- To moja kara za to, co zrobiłem. Generał Martin to jedyny człowiek, który potrafił mi to zrobić..
Znieruchomiała, a jej ciało przeszył zimny dreszcz.
- Generał Martin? - powtórzyła. Przytaknął.
- Znasz go? - spytał. Skinęła głową, ale szybko zaczęła swoje wypytywanie, aby nie musieć powiedzieć mu, kim gen.Martin był dla niej.
- Powiesz mi teraz, czym jesteś i.. jak tu trafiłeś? - spytała i podała mu ciastko. Westchnął.
- Jeśli Ci powiem, Ty i tak tutaj zostaniesz...Odważna jesteś.
- Dziękuję - skinęła - więc?
- To było dziewiędziesiąt lat temu.. - na te słowa jej źrenice rozszerzyły się. Dostrzegł to i uśmiechnął się głupkowato. - Nie martw się, mam dopiero dwadzieścia osiem lat. - widział, że jej ulżyło. - Mam dwadzieścia osiem lat już od dziewiędziesięciu lat. - Zapowietrzyła się, ale słuchała dalej. - Miałem wtedy szesnaście lat, mieszkałem na obrzeszach stolicy, razem z rodzicami, matką mojego ojca i trójką rodzeństwa. Miałem starszą siostrę i dwóch starszych braci. Mój ojciec był żołnierzem, generałem armii cesarskiej. Pewnej nocy, kiedy nie wrócił z wyprawy do domu, przyszli do naszego domu mężczyźni, niedoszli żołnierze, mieszkający w Elder i nie tłumacząc niczego wybili nas wszystkich w pień. Na moich oczach zabili całą moją rodzinę bez mrugnięcia okiem, z uśmiechem na ustach. Wracałem z polowania, zadowolony, że ustrzeliłem dwa duże bażanty... Kiedy usłyszałem krzyki dochodzące z domu.. Najpierw chciałem tam wbiec i ich obronić, ale zdałem sobie sprawę, że nic nie mogłem zrobić.. - wypuścił ciężko powietrze i na moment zamilkł. Ana czekała cierpliwie aż zacznie mówić dalej. - Ukryłem się na drzewie blisko domu i obserwowałem wszystko z góry. Dotarło do mnie, że muszę przetrwać i pomścić moją rodzinę. Przez kolejne pięć lata trenowałem ciężej niż wcześniej z ojcem. Kiedy czułem się na siłach, odnalazłem kryjówkę miejscowych złodziei. Zostawiłbym ich w spokoju, jednak jeden z nich przyprowadził ze sobą dziewczynkę, miała może trzynaście, albo czternaście lat. Porwał ją z domu, który okradl i zabił jej rodziców. Postanowił razem z kumplami, że się z nią zabawią. - Anastazja wzrygnęła się. - Nie mogłem na to patrzeć.. Wyskoczyłem z kryjówki i bez mrugnięcia okiem wybiłem ich wszystkich, co do jednego, a dziewczynie pomogłem wrócić do stolicy zakazując mówić komukolwiek o moim istnieniu.
- To wspaniałe, co zrobiłeś.. - szepnęła. - Ocaliłeś jej życie..
- To jak kropla w oceanie krwi, skarbie... - zadrwił, ale pozostał poważny. - Kiedy podczas pełni spacerowałem po lesie, odnalazłem jaskinię.. Był w niej głęboki tunel, do którego wpadłem. Pod ziemią znajdowała się ogromna, zniszczona biblioteka. Na jej środku był duży, okrągły stół, przełamany na pół. Leżał na nim dziwny przedmiot, który gdy tylko podszedłem rozświetlił dziwny niebieski blask.. Nie wiem o czym wtedy myślałem, ale otworzyłem tą dziwną buteleczkę i wypiłem jej zawartość. Z tego za wiele nie pamiętam - spojrzał na zasłuchaną, przejętą jego opowieścią Anastazję. Kąciki jego ust drgnęły lekko. - Pamiętam tylko to, że to był niewyobrażalny pól, słyszałem masę krzyków, a ten głos ciągle mówił, że oni wszyscy zasługują na śmierć... Tak też było. Kiedy się ocknąłem, czułem się doskonale. Byłem pełen energii i pewny siebie. Jak się potem dowiedziałem, był to fragment Eldrytu, magicznego kamienia, który był częścią serca podziemnej bestii zamieszkującej te tereny ponad trzysta lat temu. Dlatego teraz nadal mam dwadzieścia osiem lat.
- Od tego czasu się nie starzejesz? - szepnęła próbując wszystko ułożyć sobie w całość.
- Nie, jak ostatnio sprawdzałem, to byłem wciąż dwudziestoośmio letnim, zdrowym, młodym mężczyzną. - przez jego twarz przemknął uśmiech zadowolenia. - Poczułem niesamowitą siłę - kontynuował - i odnalazłem mężczyzn, którzy wtedy zabili moich najbliższych. W tych podziemiach odnalazłem niesamowitą broń..
- Broń? - spytała.
- To nie jest zwyczajna broń. Jest to nazoidalne urządzenie, powstałe z resztek nazaoidów. Nazywa się nazo-dynamo, dopasowuje się do swojego właściciela. Zbyt słaby człowiek mógłby oszaleć próbując go użyć, w najgroszym przypadku zabić.
- Oszaleć? - powtórzyła ze zdumieniem. - To tak jakby te... nazo-dynama znalazły Ciebie - przytaknął. - Jak się ich używa?
- Spostrzegawcza uwaga, Anastazjo.. - uśmiechnął się. - Kiedyś Ci zademonstruje, teraz i tak są one zamknięte w lochu na drugim końcu korytarza.
- Są tutaj?! - pisnęła podekscytowana. - Przyniosę je dla Ciebie..
- Nie! - warknął. - Są niebezpieczne, z resztą i tak nie mogę się uwolnić z tych łańcuchów.. Nie teraz... - dodał już ciszej.
- No dobrze.. - przerwała mu. - A co robisz tutaj?
- Hm, generał Martin z rozkazu cesarza więzi mnie tutaj od dwunastu lat. Tylko on posiada ostrza wykonane z Eldrytu, które potrafią mnie powstrzymać. Wyjęłaś je ze mnie dziś na powitanie. - uśmiechnął się lubieżnie. - Za co jestem Ci dozgonnie wdzięczny.
- Cierpiałeś.. - szepnęła.
- Należało mi się. Wybiłem pół wioski Ruben tylko przez to, że pare pijaczyn zamordowało moją rodzinę. - powiedział to, jakby nigdy nic. - Ale nie żałuję tego, zrobiłbym to ponownie. Jeszcze nie raz tego dokonam. - spojrzał na nią. - Idź do góry, spać. Jest bardzo późno, a jutro na pewno czeka Cię masa ważnych zajęć, które będziesz musiała wykonać, panienko Martin.
Wiedział kim jest! Skąd? Miała to wypisane na twarzy? A może potrafił czytać w myślach?
- Wiesz kim jestem.. - szepnęła stłumionym głosem.
- Oczywiście, zdradziła Cię reakcja Twojego ciała na nazwisko generała Martina. Nie martw się, nie skrzywdzę Cię. - dodał spokojnie. - Ocaliłaś mnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz